Malarstwo w nowej rzeczywistości

              Nie ma wątpliwości co do tego, że pojęcie postmodernizmu, jako charakterystyki naszych czasów zadomowiło się już w umysłach zarówno dzisiejszych twórców, jak i odbiorców sztuki. Określenie to rozpoczęło swoją karierę w połowie lat 70. i odnosiło się do utraty wiary w idee głoszone przez przedstawicieli awangardy artystycznej XX w. Typowym zjawiskiem epoki modernizmu były tzw. „wielkie narracje”, a więc koncepcje, które na długi czas ukierunkowały działania ludzkości. W świecie artystycznym pojawiały się one w postaci doktryn określających „jedyną słuszną” metodę uprawiania sztuki.
              Przedstawiciele wielkich kierunków stylistycznych pretendowali do roli przewodników mas na drodze ku zarówno właściwym wartościom artystycznym, jak i etycznym. Zakładano bowiem, że sztuka jest w stanie zmieniać świadomość ludzką. To zaangażowanie artystów w walkę o przyszły obraz społeczeństwa nadawało awangardzie cechy rewolucji etycznej. Jednocześnie niezbędnym warunkiem uznania koncepcji i pojedynczego dzieła za doniosłe stało się ich nowatorstwo. Burzenie dawnych, skostniałych wartości ukształtowało paradoksalnie brzmiącą zasadę, którą określa się mianem „tradycji nowego”. Awangarda modernistyczna z silnikiem w postaci paradygmatu nowości stała się najlepiej napędzanym pojazdem ideowym w dziejach sztuki. Był to zarazem pojazd o najszybszym spalaniu paliwa, jakie stanowiły owe koncepcje. Jak pisze J.F. Lyotard: Już Cézanne nie ufal przestrzeni impresjonistów, z kolei przedmiot Cézanne’a budził obiekcje Picassa i Braque’a; Duchamp zerwał z założeniem, że trzeba malować obraz – nawet kubistyczny, Daniel Buren zaś podważył samą ideę miejsca zaprezentowania dzieła.
               Duża część uczestników tej ponaddźwiękowej podróży uznała, że zatrzymali się w szczerym polu. Nic dziwnego. Trudno jest wierzyć w prawdę, jeśli głoszonych jest przynajmniej kilka różnych jej wersji. Przeświadczenie to dotknęło niemal wszystkich ważniejszych dziedzin kultury. Zaczęto podkreślać spadek zaufania do idei postępu zarówno w dziedzinie sztuki, jak i technologii, czy ogólnie mówiąc wiedzy. Świadczą o tym komentarze tak krytyków, jak i artystów. Suzi Gablik upatruje największego zagrożenia w typowym dla epoki postmodernizmu pluralizmie, a więc we współistnieniu skrajnie różnych koncepcji stylistycznych. Pluralizm znosi ograniczenia – pisze Gablik. Powstaje wrażenie, że wszystko jest dozwolone. Nieskrępowany artysta może wybrać dowolny sposób wypowiedzi. Pociąga to za sobą poważne implikacje natury artystycznej. Nieograniczona swoboda znosi granice między tym co dopuszczalne, a tym co niedopuszczalne. Skoro wszystko jest do przyjęcia tracimy możliwość transgresji, radykalnej innowacji, która dawała powiew świeżego powietrza i wynosiła odważnego artystę – buntownika na piedestał. Jeśli nie ma już barier, nie ma również czego przekraczać. Sztuka staje wówczas przed widmem stagnacji, ciągłego powracania wątków i ich kompilacji z uporem taśmy montażowej. Ponadto, dysponując ogromnym w swej rozpiętości wachlarzem dozwolonych form artysta skłonny jest zapominać o znaczeniu dzieła, o jego sensie.
               Z pozoru rzeczywiście może się wydawać, że postmodernizm to „totalny permisywizm”. Można jednak na obecną sytuację spojrzeć z innej perspektywy i odnaleźć porządek w tym nieładzie. Francuski krytyk Jean Francois Lyotard wskazał na możliwość wypracowania pewnych obowiązujących standardów, które pozwolą właściwie rozpatrywać powstającą dziś sztukę. Nie należy sądzić, że „postmodernizm” będzie słowem-wytrychem uprawomocniającym wszelką twórczość. Swobodę artystyczną towarzyszącą dzisiejszym czasom skwitowano już określeniem everything goes (wszystko przejdzie). Lyotard jest przeciwny podobnemu tokowi rozumowania. Ocalenie dobrej sztuki w zalewie miernoty zależy po prostu od obrania właściwych zasad. Jest to zaprzeczenie bierności i konformizmu. Konformizmem jest oczywiście pozostanie przez artystę w jednym systemie i niezmienne działanie według jego reguł. Jednak jest nim również działalność kompilacyjna, powielanie utartych wzorców, eklektyzm.
               Dla Lyotarda postmodernizm to gra. Model heroiczny postmodernizmu zakłada, że artysta potrafi grać z obranymi uprzednio zasadami. Wybiera właściwe (z jego punktu widzenia) pole działania, a następnie przełamuje jego granice, szuka dróg wyjścia. W takim kontekście postmodernizm jawi się jako awangarda w stanie wiecznych narodzin, w momencie ustanawiania swojego programu, a więc jeszcze nie z akademizowana. Siła artysty nie leży tak naprawdę w jego warsztacie, a przynajmniej nie tylko w nim. Najbardziej doniosła jest umiejętność pokazywania ludziom świata takim, jakim go jeszcze nie widzieli. Nawet jeśli minął już czas wielkich przełomów, to wciąż do najlepszych należeć będą ci, którzy ukazują nowe perspektywy.

sztuka, malarstwo, obrazy